KIERUNEK: WŁOCHY, CZYLI PIERWSZA PRZYGODA Z AUTOSTOPEM

Po studencku. Czyli właściwie jak?

Oszczędnie? Zdecydowanie!

Sprytnie? Bez dwóch zdań!

Ryzykownie? A i owszem, bo młodość rządzi się swoimi prawami… ; )

Pora na długo wyczekiwany (żeby było śmieszniej – przez nas ; )) post. Pora na opowieść o marzeniach (a nawet ich spełnianiu), pokonywaniu skrytych lęków (być może uprzedzeń) i silnej ciekawości świata. Bo czyż przygoda raczkującego miłośnika podróży mogłaby zacząć się bez przyjęcia stanowiska: „świat jest piękny, a ludzie dobrzy”?

Autostop – pierwsza myśl (a raczej słowa rodziców ; )): niebezpieczeństwo, głupota, brawura. Musimy przyznać, że i w naszych głowach rodziły się podobne skojarzenia. Proces przekonywania samych siebie do tego niecodziennego środka transportu wymagał czasu. Zawzięcie pochłaniałyśmy relacje innych śmiałków, uczestniczyłyśmy w spotkaniach, próbowałyśmy poznać temat od każdej strony. I zamiast oddalać się od realizacji (bo niektóre historie mroziły krew w żyłach), my intensywnie szukałyśmy jak najwięcej miejsc docelowych w Google Maps (niejednokrotnie ryzykując przegrzaniem uczelnianych komputerów). I cóż… Dziś mamy za sobą ponad 500 km przejechanych z 13 różnymi kierowcami i 2 koleżankami u boku. „Jak to? 4 dziewczyny? Razem? Stopem?” – nikt nie dawał nam zbyt wielu szans na pokonanie trasy w pełnym składzie. Bądźmy szczere… Same za bardzo w to nie wierzyłyśmy. Jeśli miałyśmy jakąkolwiek nadzieję, to jej resztek pozbyłyśmy się już na samym początku „wycieczki”. O 6 rano żwawo podążając w kierunku drogi ekspresowej, okazało się, że upatrzona wysepka istnieje wyłącznie w Street View.

„To co laski? Kawa u mnie i o 11 zbieramy się na autobus, tak?” – Ada nie miała złudzeń.

Bogu dzięki głęboko w nas ukrywa się jednak determinacja. W ciągu 30 minut potulnie wróciłyśmy do centrum miasta. Cel? Już nawet nie Włochy… Mimo deszczu, mimo niefortunnego startu – byle dotrzeć do granicy ze Słowenią. Skoro „challenge accepted”, to i „challenge completed”. Godzina oczekiwania i oto jest… Nasz bohater. Niczym Wybawiciel, 28-letni Amed zawozi całą drużynę do Rupy. A Rupa wita nas niezbyt przyjaźnie. Ulewa, ruch praktycznie zerowy. Całe szczęście w załodze miałyśmy Kasię. Jej sokoli wzrok dość szybko upolował Sašę. Saša, człowiek, który przejął nasze paszporty i wspólnie pokonał przejście graniczne. Żart też miał dobry: „If I have some problems with the police because of your IDs, I will kill you”. : D

DSC01917

DSC01927

DSC01934

Słowenia zdobyta, upragniona Wenecja o 60 km bliżej, a arkusz z napisem „Trieste” tym razem przyciąga Porsche Cayenne. „To nasz dzień” – pomyślałyśmy, a utwierdziłyśmy się w tym jeszcze mocniej, gdy miły Włoch ostatecznie, po błagalnych spojrzeniach, ugościł pełny team. I wiesz co? Coś w tym jest, że kiedy „trafia swój na swego”, to nawet bariera językowa nie stanowi problemu. Franco zwiedził porządny kawałek świata (żaden kontynent nie jest mu obcy ; )), a nas odtransportował do samego serca Wenecji (po trasie racząc magicznym Sinatrą i włoską kawą) w 3 godziny.

DSC01939

DSC02039

Odurzone urokiem tego niesamowitego miasta, ciężko było nam ponownie stanąć z kartką na pobliskim parkingu (a ciepłe łóżko było 30 km stąd). Tak czy inaczej po kilku minutach siedziałyśmy już wygodnie w kolejnym aucie. Kierowca miał dobre intencje – chciał zwiększyć nasze szanse na dojazd do Treviso. W rezultacie wylądowałyśmy w hinduskiej dzielnicy przemysłowej. Szczęście nie może przecież trwać za długo… Tak, byłyśmy przerażone. Tak, lokalni mężczyźni nie ukrywali, że nasza obecność tam jest czymś niecodziennym. Uciekłyśmy (dosłownie!) – na gapę, pierwszym lepszym autobusem. Wierz nam… Miałyśmy dość wrażeń na dziś i wyłącznie dlatego wsiadłyśmy do pociągu! ; P A poza tym byłyśmy umówione z naszym hostem, ale o tym kiedy indziej ; )

DSC01956

DSC01978

DSC01979

DSC02050

DSC02052

DSC02075

DSC02077

DSC02086

DSC02103

DSC02107

DSC02120

cats

DSC02122

DSC02128

DSC02130

DSC02205

Dzień drugi. Dość wczesna pobudka, bo i plany ambitne – Werona (100 km, pójdzie szybko!). Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Na parkingu przed autostradą spędziłyśmy dobre 3 godziny (w pełnym słońcu i z dużym głodem), a nawet ucięłyśmy pogawędkę z policją (która musiała dostrzec nas akurat w momencie przebiegania na drugą stronę drogi… A co tam ciągłe linie, skoro stacja benzynowa i rogal za 1 euro są w zasięgu wzroku! ; )) Tym razem z pomocą nadeszła Włoszka (a wszyscy mówili, żeby kobiet nie brać pod uwagę!). Takim sposobem trafiłyśmy na dworzec, a stamtąd student zawiózł nas… do Wenecji. Powtórka z rozrywki i powrót na ukochany parking. Po chwili bezowocnego czekania, na naszej magicznej kartce znalazła się Padwa i okazała się strzałem w dziesiątkę. Już po kilkunastu minutach zza kierownicy uśmiechał się Azjata. Choć na miejsce dotarłyśmy dość szybko, to nasze poranne trudności i 14:00 na zegarku zmobilizowały nas do (niestety!) błyskawicznego zwiedzania i pokonania kolejnych kilometrów pociągiem…

DSC02314

DSC02321

DSC02327

DSC02337

DSC02338

DSC02348

Dzień trzeci. Do domu daleko. Samochód schwytany po 10 minutach. Pierwszy przystanek – tuz przed wjazdem na autostradę, a w rezultacie bieg przed kamerami i przeskakiwanie barierek… Bezcenne. Co dalej? Standardowo. Parking i nadzieja na transport dzięki uprzejmości kierowcy TIR-a. Pech – panowie właśnie rozpoczęli dwudniowy postój. Szybka zmiana planów! Niezrażone udałyśmy się w kierunku (jak sadziłyśmy) bardziej uczęszczanej wylotówki. Bez śniadania, bez kawy. Nasza irytacja sięgała zenitu (przysięgamy!), tym bardziej, że wciąż było dość wcześnie, a jedyne wówczas tętniące życiem miejsce to mała kawiarnia. Ucieszone na widok w menu taniej „latte bianco” (w naszych umysłach będącej latte macchiato ; )), w osłupieniu wpatrywałyśmy się w postawione przed nami ciepłe mleko. I wtedy (niczym rycerz na białym koniu : D) Ada nadeszła z pomocą, wyjaśniając baristce powody naszego zdziwienia. Nie musiałyśmy długo czekać na reakcję. Ze współczuciem i serdecznym uśmiechem Włoszka bez zbędnych pytań (i dodatkowego euro ; P) zabarwiła nasz napój mocnym espresso… No nic. Umocnione kofeiną wróciłyśmy na pole bitwy, a tam niestety wiele nie uległo zmianie. Co prawda, kierowcy reagowali, owszem (wyłapywałyśmy wszystkie posyłane całusy!), ale każdy unikał bliższego kontaktu z hamulcem… „Dlaczego, co robimy źle?!”… Po czterech godzinach nadeszła odpowiedź – „Ta trasa uczęszczana jest wyłącznie przez lokalnych. Możecie stać tutaj do wieczora, a i tak nic nie złapiecie”. Uciekłyśmy (prawie tak szybko jak z autostrady!) na najbliższą stację benzynową. Stamtąd uratował nas Gruzin (zaskakując przy okazji znajomością dość trudnych polskich wyrażeń, Skubaniutki!) i poddane odwiózł na dworzec. Przekonane, że gorzej już być nie może, pewnym krokiem udałyśmy się w stronę peronu. Ups! Sobota. Zero żywej duszy, na twarzach przerażenie, w oczach łzy. Całe szczęście z jednego auta przyjaźnie uśmiechał się do nas sędzia najwyżej włoskiej ligi w piłce nożnej. Dzięki niemu dostałyśmy się do centrum Werony. Plan był prosty: odwiedzamy Wenecję po raz trzeci (koleją oczywiście!). Dziwnym trafem pociąg odjeżdżał dopiero za godzinę. Przypadek? Nie sądzimy. Bez dłuższego zastanowienia postanowiłyśmy spróbować z autostopem raz jeszcze. Uwaga, mamy dla Ciebie lekcję: każdy trud zostaje wynagrodzony. Trasę Werona-Wenecja pokonałyśmy autokarem, pustym autokarem, wyłącznie do naszej dyspozycji… I choć później nie było kolorowo (znowu wylądowałyśmy w hinduskiej dzielnicy, znowu przez 3 godziny kierowcy obierali przeciwny kierunek, a nasz ukochany parking okupowany był przez policję!) to na samą myśl o wyprawie na twarzach maluje się uśmiech.

DSC02475

DSC02510

DSC02520

DSC02528

Wniosek? Kontrast? Autostop może nie jest najbardziej komfortową opcją, może nie jest bezpieczny, może często wymaga ogromnej cierpliwości, ale nic tak silnie nie przywróci Ci wiary w człowieka. Powiesz: „Miałyście szczęście”. I zgoda. Bardzo możliwe. Nie, nie musisz teraz zaprzestać podróżowania pociągiem, autobusem, samolotem (czymkolwiek!). Nie, my nie o tym. Nie chcemy za wszelką cenę udowadniać, że to dobra alternatywa dla każdego. Cel tego posta jest właściwie jeden. Przełammy stereotyp.

Autostop nie jest niczym przesadnie szalonym.

Autostop poszerza horyzonty, zwalcza bariery, uprzedzenia.

Autostop uczy, kształtuje charakter, a wreszcie nadaje moc słowom: bezinteresowność, życzliwość, ale i rozsądek.

Autostop wymaga zaangażowania i oczekuje czegoś więcej niż kilka minut w kolejce po bilet.

Autostop wciąga. My spróbowałyśmy raz. Ciąg dalszy nastąpi… ; )

~Magdalena S., Aleksandra N. 



  • http://www.efektkontrastu.pl/ Efekt Kontrastu

    Dziękujemy! Póki co determinacji na szczęście nam nie brakuje! : )

  • http://btth.pl/ Joanna Julia Sokołowska

    Życzę wytrwałości w prowadzeniu bloga :)
    Pozdrawiam, A. z btth.pl